Opublikowano:

Dom w 44 kieszeniach

Jakiś czas temu podczas SLOW Weekend prowadziliśmy warsztaty z doszywania kieszonek na zniszczone ubrania. Poza częścią techniczną i praktyczną tego rozwiązania zainteresował mnie sam pomysł kieszeni jako takiej. Okazuje się, że to dość nowoczesny wynalazek, który obecnie osiągnął nawet status domu i to nie dla bohaterów Kingsajz.

U Bouchera czytamy, że w średniowieczu ubrania nie miały kieszeni, a to co wartościowe ukrywano za pazuchą, w czubie kaptura, a później w braguette przy spodniach. Potem przyszła kolej na sakiewki, torby, woreczki. Sakiewki chowano w rękawie lub w specjalnym rozcięciu pod pachą. Kieszenie przy męskich kamizelkach, kurtkach zaczęto dodawać dopiero w XVII wieku. W wersji kobiecej kieszenie pojawiły się w XVIII wieku jako woreczki zamocowane w pasie, dostępne przez rozcięcia po obu stronach sukni. Później pojawiła się, z przodu, kieszonka na zegarek, z której wywodzi się przednia kieszeń przy współczesnych dżinsach.


Obecnie kieszenie wykorzystywane są już albo praktycznie głównie po bokach, ozdobnie lub jako środek wyrazu w formie przerysowanych ogromnych elementów przy płaszczach czy kurtkach (np w projektach marki Marni).

Cóż więcej można zrobić ze zwykłą kieszenią? Japoński artysta Kosuke Tsumara w latach ’90 stworzył kurtkę składającą się z 44 kieszeni, którą nazwa Final Home (Ostateczny Dom). Kurtka powstała z myślą o uchodźcach, ofiarach wojennych, ludziach w trudnej życiowo sytuacji, ponieważ kurtka mogła stać czyimś schronieniem, tymczasowym domem. Można ją dostosować do potrzeb, zapakować niezbędne do przeżycia rzeczy podczas ucieczki z domu: lekarstwa, jedzenie, mapy, latarki. Kiedy konieczne jest spanie pod gołym niebem, kieszenie można napchać zmiętymi kawałkami gazet, co ma pełnić funkcję izolacji od zimna i wilgoci. Kosuke Tsumara postanowił przetestować swój projekt, sprawdzić, czy działa zgodnie z zamierzeniami, więc sam spędził kilka nocy w parku zasunięty pod samą szyję. Podobno kurtka spełniła swoje zadanie.
Kurtka nie jest przedmiotem jednorazowym, sama również migruje od właściciela do właściciela. Kiedy nie jest już potrzebna jednej osobie, kryzys mija, można ją odnieść do sklepu, stamtąd trafi do organizacji niosących pomoc ofiarom kataklizmów.


Taka kurtka z dużą ilością kieszeni przydałaby się zarówno Henrykowi Grynbergowi, który pisze o swoich emigracyjnych losach, problemach z transportem walizek w książce „Uchodźcy” jak i pokoleniu polskich wygnańców, między innymi Marku Hłasce, Krzysztofie Komedzie, Romanie Polańskim, Sławomirze Mrożku, Agnieszce Osieckiej. Wszyscy oni doświadczyli kataklizmu wojny, a później komunizmu, który nawet bardziej podstępnie zmuszał ich do wewnętrznej emigracji. Książkę Grynberga podsumuję słowami piosenki Osieckiej „Wyszłam i nie wróciłam”, która jednocześnie zawiera spis rzeczy, które zabiera ze sobą człowiek uciekający w bliżej nieokreślone miejsce. Poza kilkoma groszami, nie są to rzeczy, które łatwo zmieścić w kieszeniach.

Dnia czternastego sierpnia 1973 roku wyszłam z domu
i dotąd nie wróciłam.
Ubrana byłam w spódnicę w kratę i białą bluzkę.
Na nogach miałam niebieskie pantofle.
Byłam z gołą głową.
Ktokolwiek wiedziałby o losie zaginionej,
proszony jest o powiadomienie najbliższego komisariatu MO.
Niewykluczone, że idąc nuciłam następującą piosenkę:
Wszystko, co mam,
dwa pokoje z ogródkiem,
długie noce, dni krótkie,
wszystko, co mam,
opierunek i wikt,
stertę nut, kilka płyt,
alkoholu kropelkę,
nitkę, guzik, pętelkę,
wszystko, co mam,
nawet kota i psa,
i piosenkę, co łka,
wszystko, co mam,
tanie i drogie,
wodę i ogień,
wszystko to, wszystko, co mam,
trochę grosza w kieszeni,
trochę w duszy jesieni,
o czym marzę i śnię,
o czym nie wiem i wiem,
studia wyższe, a jakże,
i talencik, a także
komplet zalet i wad,
…dzieścia i parę lat,
miejsce na ziemi i dziurę w niebie,
wszystko zamienię na ciebie.
A ty… ty nawet o tym nie wiesz…